x-men-stworzonkox blog

Twój nowy blog

Zabierałam się do tego od dawna… Miałam zająć się tym blogiem, bo mimo iż malusimi kroczkami zbliża się on ku końcowi ( TAK! NARESZCIE:P) to chciałam go utrzymać w ładzie i porządku. I tak wziełam się za linki….
No toż to masakra co zauważyłam. Więkrzość blogów już nie istnieje…. polowa zawieszona… Owszem, mój też nie jest aktualizowany ale… Ale naszedł mnie swoisty smutek. Tęsknota za dawnymi czasami.
Za ludzmi których poznałam na necie… Za tym co było… Za Seraph, Za Fawora i Uzi. Za Blue i Jessy. Za Violet i Devilkę… Za Jean, Rogue…. Tęsknię za wszystkimi… Za Ollie, Pyro, Hurri, Za Jabolową… Ech i za wszystkimi których nie wymieniłam. Tęsknię za naszymi rozmowami, za shizami, spotkaniami…. Za tym jak kombinowalismy by nasze notki do siebie pasowały… 
Tesknię za czytaniem Waszych opowiadań…….
Za wojnami i obelgami na temat mojej postaci :)
                Tęsknię za Wami :*

-Shadow!! Ty użyłaś kontinuum.. – Zadziwił się Logan. Nadal tulił mnie w Swoich ramionach. Leżeliśmy nadzy w trawie. Zimna rosa ochładzała nasze rozpalone ciała.
- Po za tym, coś dzika się stałaś, i groźna jak kiedyś… Ale jak to możliwe? – Wiedziałam, że Loganowi chodzi o to że zachowywałam się jak Wampyr, i też to sama zauważyłam. Oczywiście, jeszcze nie w pełni sił wampyr, ale zalążki wampiryzmu. Czyżby sen który obudził mnie zlaną potem, wydarzył się naprawdę? Czyżbym była koło tego grobowca? Ale jak…
- Logan… Ja miałam sen, że Byłam przy grobowcu jakiegoś Wampira… I on mnie… Zaraził. Uczynił mnie swoją córką… Ale myślałam, że to tylko sen… Chyba jednak było to naprawdę… – Za razem byłam przerażona, ale i pragnęłam powtórzyć to co było przed chwilą. Moje rządze rosły z każdą chwilą. Znowu wpiłam się w ciało Logana. Pozwoliłam mu też wpić się w moje…
Kolejne godziny rozkoszy, przyjemności, podniecenia i Spełnienia… Kochaliśmy się do samego świtu…

Nagle w naszych głowach rozległ się krzyk. Nie wiedzieliśmy skąd, jak i dlaczego. Oboje wstaliśmy. Użyczyłam mojego Adamantum Wolverine’owi, aby mógł zakryć co nie co (szczerze mówiąc olbrzyma :P), dlatego stworzyłam mu spodenki. Sama także się ubrałam w Przewiewną sukienkę. Szybko pobiegliśmy przed siebie.
- Użyj kontinuum, przenieś nas. – Logan mówił w biegu do mnie. Złapałam go za rękę. Próbowałam otworzyć drzwi, ale nie wychodziło mi to.
- Nie umiem!! Nie wiem co jest. – Byłam zdenerwowana. Co sił biegliśmy przez las. Był dziwny. Nie jak Zwykłe lasy. Z drzew zwisały liany, rosły dziwne drzewa. To były jakieś Lasy deszczowe czy coś…
Bałam się, że przez mój stres i nieopanowanie nie wrócimy do Domu. Wszystko działo się tak szybko… Czas podążał w dziwny sposób. Raz miałam wrażenie, że wszystko wokoło stoi nieruchomo, jakby czas się zatrzymał, zaraz potem znowu wszystko ruszało się w zawrotnym tempie.
I dlaczego nie umiałam w głowie utworzyć równania otwierającego drzwi mobiusa?
-Shaadoww… – Usłyszałam jęk Logana. Pierwszy raz słyszałam takie niedowierzanie i rezygnację w jego głosie. Od dłuższego czasu trzymaliśmy się za ręce, zauważyłam to dopiero wtedy, kiedy prawie mnie wywrócił, pociągając do siebie.

Nie wiedziałam, czy się uda nam wrócić, nie wiedziałam nawet dlaczego tak trudno było mi się skupić. Logan patrzył na mnie zdziwiony z jakąś dziwną furią w oczach. Ale podejrzewam, że ja również miałam podobne spojrzenie. Logan przytulił mnie do siebie.
- Coś się dzieje… – Szepnął mi do ucha. Ja trzęsłam się jak w jakieś gorączce.
- Czasoprzestrzeń zagina rzeczywistość… Coś się dzieje z X-menami!! – powiedziałam, drżącym głosem.
- Spróbuj! – Powiedział do mnie rozkazująco. Ale ja nie słuchałam. Wysiliłam się, aby dosłyszeć telepatycznie co się dzieje, żeby zobaczyć jakoś o co chodzi.

I zobaczyłam. Mutanci zaczęli walczyć. Rozpętała się wojna. Wojna silnych. Źli chcieli, aby ludzie albo stali się mutantami, albo niewolnikami. X-meni starali się ich powstrzymać.
Upadłam na ziemię. Trzymałam się za głowę. To za wiele na to ciało. To za wiele na ten umysł…

Ogromny ból opanował moje ciało. Wszystko piekło mnie jakby przypalane żywym ogniem. Czułam gorąco przemierzające moje ciało… Dreszcze przechodziły po moim kręgosłupie raz po raz sprawiając nieopisany ból…
Usłyszałam trzask czegoś rozrywanego. Nie domyśliłabym się, że to ode mnie, gdybym nie spojrzała na swoje dłonie. Skóra zaczęła z nich schodzić. Pękała jakby była jakimś zepsutym ubraniem.

Spod spodu wyłoniła się gładka lśniąca nowa skóra o podejrzanej barwie. A raczej coś, co wyglądało na skórę. Z wierzchu dłoni wyrosły mi jakieś dziwne kolce w podłużnym rzędzie ciągnące się przez ramię aż do kręgosłupa. Czując ból na plecach, domyśliłam się, że i tam wyrosły mi takie kolce. Krzyczałam.
Nic już mnie nie interesowało. Ból był nie do wytrzymania. Logan nie wiedział co zrobić. Widział moje cierpienie, ale nie umiał się poruszyć… Nie umiał zrobić nic, co chociaż trochę by mi mogło pomóc.
Cała rzeczywistość, nie… WSZYSTKO naokoło gięło się, zmieniało, wirowało. To było takie dziwne.
Dopiero po pewnym czasie poczułam, że przestało dziać się ze mną cokolwiek. Przestałam czuć ból. Otworzyłam oczy. Zobaczyłam Logana pochylającego się nade mną. Leżałam głową na jego kolanach. Kiedy zobaczył, że otworzyłam oczy, pochylił się i pocałował mnie.
- Już myślałem, że Cię tracę. Nie strasz mnie tak więcej – Powiedział Swoim chropowatym głosem z czułością. Podniosłam się z trudem z ziemi.
Czułam się dziwnie. Tak jakbym była cała zdrętwiała. Wzrok zwróciłam w stronę rąk. Nadal tam były, a skóra nie była ludzką skórą. Przeczucie mnie nie myliło. Jak się czułam, tak też wyglądałam, a mimo to James patrzył na mnie z troską i miłością w oczach. Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego.
- Chyba możemy się przenieść… – Powiedziałam nie swoim głosem z nieznanym mi akcentem.
- Chyba nie musimy, Skarbie – Odpowiedział mi Wolverine. Rozejrzałam się dopiero po okolicy i poznałam. Poznałam że jesteśmy w ogrodzie instytutu.
- Ale jak…. – Pytania kłębiły mi się w głowie, a odpowiedzi na nie, nie było.
- Nie wiem, ale chyba to Twoja zasługa. I Twojej przemiany – Już mnie nie dziwił ton głosu Logana.

Wbiegliśmy do instytutu. Wolverine pobiegł się przebrać, wcześniej karząc mi znaleźć psorka i dowiedzieć się co się stało.

Pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy, to oczywiście gabinet. Pobiegłam bardzo szybko, nie zastanawiając się nawet czy pędzę w odpowiednim kierunku. Otworzyłam Drzwi z hukiem. Jednak nikogo tam nie zastałam. Przebiegłam przez większość korytarzy nie znajdując nikogo.
Wyglądało tak, jakby wszyscy uciekli w popłochu, zostawiając to, co robili w tym czasie. Albo zniknęli…
Odnalazłam Logana, był w garażu.
- Wszyscy zniknęli. Zabrali Jeta i Vana. Musimy ich odnaleźć i im pomóc. – Usłyszałam normalny, groźny ton głosu Jamesa.
- Idę do Cerebro. Spróbuję odnaleźć wszystkich. – Kiedy to mówiłam, poczułam, że nie będę musiała tego robić. Usłyszałam głos Psorka….
- Shadow? Gdzie jesteście? Zaczęli Atakować. Walczymy. Szybko…. Musicie tu przybyć, bo nie wiem czy damy radę…. – Profesor Charles miał bardzo niestabilny głos i myśli. Był bardzo zdenerwowany. Wyczułam czyjąś obecność.
- TAK!!! HAHAHA! PRZYBĄDŹ O WIELKA SHADOW! HAHAHAHA! CZEKAM NA CIEBIE…. CZEKAM NA WALKĘ Z TOBĄ!!!!

Minęlo kilka dni od śmierci Mikeya, nawet odprawiliśmy mu „pogrzeb”.
Wszystko, tak jakby wróciło do normy. Chociaż nie całkiem. Ale Życie w instytucie nadal toczyło się normalnie. Czekaliśmy szczerze mówiąc na sygnał od Cerebro, znak jakiś, że coś jest nie tak, ze Magnus i Phoenix znowu cos kombinują.
- Hej Rogue, To co dzisiaj robimy? Puki mamy wolne, to może pojedziemy na zakupy co? Odprężyć się i wooogóle – powiedziała Kitty do Dziewczyny. Ona na to uśmiechnęła się.
- Weźmiemy ze sobą Jean, i Amarę co? One też potrzebują trochę wolnego. Reszta dziewczyn gdzieś się porozchodziła.- Kitty uśmiechnęła się.
- Ok. Kitka, idziemy… – Odpowiedziala Ruda.
Stałam na szczycie schodów. Poczułam się jak za dawnych czasów, kiedy byłam w instytucie. Zobaczyłam na Dole Icemana i Kurta jak się Gonili po korytarzu.
Minęłam Grupkę jakiś nowych mutantów, a wśród nich zobaczyłam Scotta, który puścił do mnie oczko*. Powędrowałam do biblioteki. Dziwne było to dla mnie, ten spokój i cisza. Tzn ta Cisza ze strony Bad mutants… Usiadłam przy stoliku ze stosem książek o magii, okultyzmie, o czarnych mocach itp. Zaczęłam przeglądać, żeby jakoś zając swoje myśli. Tak się skupiłam, że nie usłyszałam, że ktoś wszedł do biblioteki. I jak się wystraszyłam, kiedy ten ktoś wtulił się we mnie, a twarz zatopił w zgięciu szyi, wdychając zapach włosów.
- LOOOOOGAAN!! Wystraszyłeś mnie!! – Wydarłam się po chwili. On usiadł obok mnie w fotelu.
- Przepraszam, ale nie mogłem się opanować.- Spojrzałam w jego śliczne oczy i zmiękłam. Rozpływałam się pod tym spojrzeniem, Zapanowała taka miła cisza… Otoczenie zagęszczało się, i jakoś pchało mnie w stronę Wolverina. Go tez do mnie ciągnęło.
I w końcu pocałowaliśmy się. Było to dla mnie takim szokiem jakbym robiła to z nim pierwszy raz. Czułam podniecenie, motylki w brzuchu. Takie wielkie fale ciepła przechodzące po ciele.
- Tęskniłem za Tobą – powiedział po chwili. Ja nadal nie wróciłam na ziemię po tym pocałunku.
- ja też… – wyszeptałam. On wstał i jak gdyby nigdy nic wyszedł.

Wieczorem położyłam się do łóżka. Zastanawiałam się dlaczego tak cicho jest ze strony Magnusowej bazy. Nie byłam pewna co się stało… Usnęłam w końcu. Moje ciało było już silniejsze, ale mimo wszystko potrzebowało snu, jak każde ludzkie ciało.

Miałam dziwne sny. Śniły mi się jakieś ciemne miejsca, jeziora krwi, gęsty las. Byłam w nim najpierw sama, potem pojawił się jeszcze ktoś. Jego nadejście przepowiedziała gęsta mgła. Nie umiałam zobaczyć tego kogoś. Ale powiedział mi:
- Witaj moja piękna. Cóż Cię sprowadza w me skromne progi? – Głos ten przesycony był złem. Aż moje ja, skuliło się we mnie ze strachu. Ale ja sama starałam się nie okazać lęku.
- Wiem, że się boisz, każdy boi się zła. Czegoś chciałaś? Skoro tutaj przyszłaś, zakłócać mój spokój?
- Ja… ja nie wiem kim jesteś, i Gdzie jestem.- Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- A więc los chciał, byś się ze mną spotkała? – Dziwna to była rozmowa. Podeszłam bliżej głosu, ale nadal nikogo nie widziałam. Za to zobaczyłam wielki grobowiec. Aż się zdziwiłam. Ale nie to było przerażające. Tylko fakt wymalowanego czy raczej wykutego nad grobowcem diabła z trzema rogami i rozwidlonym językiem. A na nim leżała naga kobieta.
- To moje godło. Jestem Szaytyn syn Szaytena Wyrwiserca.
- Ty…. Jesteś Wampyrem…
- A Ty moją dalszą drogą. – Powiedział okrutnie się śmiejąc, przez co spowodował że przeszły mnie dreszcze. Jeszcze nie wiedziałam o co chodzi, ale poczułam nagle jak jakieś wielkie zimno ogarnia mnie od stopy, zobaczyłam jakąś szarą masę która wyszła właśnie spod materiału mojej piżamy. I ogarnął mnie wielki ból, nicość….

-Aaaaaaaaaaa!!!! – Obudziłam się z krzykiem. Nie wiedziałam co się dzieje, pamiętałam jeszcze wielkie zimno, ból piekący jak sam ogień piekielny, a potem ciemność i pustkę. Byłam strasznie zdrętwiała. Nie umiałam opanować łez. Do pokoju ktoś wszedł. Usiadł obok mnie i objął bardzo mocno.
- Shady miałaś koszmar?
- Lo.. Logan- Nie umiałam się skupić, nic nie umiałam powiedzieć
- Aleś Ty zimna, Przykryj się. – Powiedział zatroskany.
- Przytul mnie proszę. – Powiedziałam czując się strasznie dziwnie. Obudziło się coś dziwnego we mnie, coś, tak dobrze znanego…
- Przytul mnie i weź mnie całą. Jestem Twoja – Powiedziałam, a ciepło rozlało się w całe moje ciało. Logan spojrzał na mnie, po czym uśmiechnął się. Pocałował mnie czule.

Ale ciągle czuł się dziwnie przy niej. Wyglądała tak jakoś inaczej. Delikatniej, a zarazem Twardziej niż jak przybyła jako całkiem nieznana dziewczyna do instytutu. Przywarł do niej ustami, wpił się w nie jakby od wieków tego pragnął. Bo tak było, bardzo tęsknił za nią. I poczuł że mimo innego ciała, naprawdę jest to jego ukochana.

Poczułam dziwne rządze, dziwne podejrzane potrzeby. Rozerwałam ubranie Wolverina, z czego był nawet zadowolony. Wiedziałam że coś jest nie tak, ale nie umiałam sobie uświadomić co. Moje dłonie błądziły po ciele Logana, jego usta pieściły każdy skrawek mojej nagiej skóry.

Noc zaczęła się pięknie dla nich obojga. Ich nierówne oddechy mówiły same za siebie. Przyspieszone ruchy klatki piersiowej, ciche jęki radości, zapach potu i zadowolenia w sypialni. Wszystko stawało się coraz bardziej zachłanne, coraz mocniejsze, coraz szybsze. Nagle zniknęli gdzieś wciągnięci jakby przez Łoże.

Logan dopiero po fakcie zauważył że nie są już w łóżku Shadow, tylko w jakiś ciemnościach, że są w dziwnej przestrzeni. Ale nie przerywał miłości ze swoją ukochaną. Było mu tak dobrze. Trzymał ją mocniej, by siły panujące w tym kontinuum nie zabrały jej z jego ramion. Nie mogł pozwolić, by ta piękna chwila nie została dokończona. Pragnął by jego Shadow była zadowolona do granic możliwości z jego pieszczot i uczuć.
Ona była jakby w ekstazie, wiedział że to nie tylko jego zasługa. Ale domyślał się tylko, że coś rozbudziło w niej dawną Niezrównaną Shadow Flame, Wampyrzą Lady.
Skąd to wiedział? Po Tym jak go pochłaniała, jak kąsała jego części ciała, do krwi, spijając je chłapczywie, i rozpalając go do czerwoności. Czuł jej ciepłe wnętrze, wręcz palące. I wiedział że i ona niedługo z radości wybuchnie.

Spostrzegłam dopiero, pomiędzy jednym głośnym wciągnięciem powietrza, a głośnym jekiem, że jesteśmy w jakimś dziwnym miejscu. Że to nie moja sypialnia. Że to… KONTYNUUM MOBIUSA. Tylko jeden moment zaskoczenia, bo Logan sprawiał że chciałam go więcej i więcej. Nie miałam sił nad zastanawianiem się co tu robimy.
I Nagle przed moimi oczami wybuchło. Oślepiło mnie przeogromne światło, wielka jasność. W Tym samym momencie także wybuchłam wewnątrz. Przyjemność, gorąco i wspaniałe dreszcze rozlały się po moim ciele, Słyszałam jak Logan wydaje z siebie dzikie głosy, prawie jak zwierzę. Wiedziałam, że doprowadziłam go do tego samego co przeżyłam przed chwilą ja. Jeszcze chwila jeszcze moment, jakieś przyjemne zimno. I Logan także wybuchł. Z jaką siłą! Z jakim Rykiem! Leżeliśmy na jakiejś trawie… Nadzy. Objęci, długo jeszcze wczepieni w siebie przeżywając własne rozkosze….

Tylko… Gdzie my byliśmy? Co to za polana, co to za drzewa?

Wciąż miałam zamknięte oczy, tylko dziwił mnie fakt, że nie czuje bólu, nie czuję cierpienia. Czyżbym już umarła? Nagle zaczęły dochodzić do mnie głosy z zewnątrz. Ze strachu po prostu przestałam skupiać się na tym co się dzieje na zewnątrz.
Otworzyłam pomału oczy. Zobaczyłam że Phoenix i Grupa Magneta odchodzi. Tylko dlaczego? Podniosłam się z ziemi. Rozejrzałam się i…
- NIE!! MIKE!!! – Krzyknęłam. Podbiegłam do chłopaka. Leżał na ziemi. Krwawił. Dostał zaklęciem prosto w brzuch.
- Coś Ty zrobił głupku? Dlaczego!?- Mówiłam drżącym głosem. Płakałam. Mimo wszystko kochałam tego chłopaka.
- Bo.. Bo musiałem Cię Obronić. Jakbyś Ty… Jakbyś Ty umarła, ja nie miał bym po co… Po co Tu żyć, A Ty.. Masz dla Kogo… – Spojrzał tutaj na leżącego i zbierającego się do Kupy Logana.
- Gdyby On mógł się rzucić, na pewno by to zrobił. Bo kocha Cię najmocniej na świecie, mimo, że… ahh.. że tak rzadko to okazywał. Wy musicie żyć, jeden dla drugiego. A ja? Ja może zamienię się w sen i będę krążył po świecie… Dobrze by było..- Uśmiechnął się słabo. Storm która stała nieopodal podeszła do mnie i mnie przytuliła. Widziała, że Cierpię.
- Michaelu… Tak się dla mnie poświęciłeś…
- Bo Cię kocham.
- Też Cię kocham.- Odpowiedziałam, pochyliłam się i pocałowałam go. Skupiłam się. Pragnęłam aby mógł stać się tym snem. Żeby chociaż tyle dla niego zrobić. Co dziwne, kiedy podniosłam się, zobaczyłam jak z jego ciała ulatuje jasna kula.
- Przyszłam po niego, ale widzę, że niepotrzebnie… – Usłyszałam głos Silver Fone.
- A Dlaczego niepotrzebnie? Nie weźmiesz go? – Wystraszyłam się. Ale ona uśmiechnęła się delikatnie.
- Spełniłaś jego życzenie. Stał się snem. – Uwielbiam głos mojej córki, może dlatego, że tak bardzo za nią tęskniłam?
- Kocham Cię Vii. – Powiedziałam bezwiednie.
- Ja Ciebie też mamo.- Usłyszałam odpowiedź dźwięczącą jak śliczne dzwoneczki. Wstałam z pomocą Hanka który strasznie posmutniał, bo polubił Michaela.
- Dziękuję Hank.- Powiedziałam. Kiedy tylko podniosłam się na nogi, podbiegłam do Logana który już siedział i rozglądał się.
-Nic Ci nie jest? Jak Cię czujesz? Nic Ci nie zrobiła? – Zasypał mnie pytaniami.
- Nie… Mike mnie uratował. Oddał za mnie życie… – Odpowiedziałam i płacząc wpadłam w jego ramiona. Co mnie zdziwiło, on chyba zrozumiał. Przytulił mnie i głaskał jak małe dziecko po głowie…

- Shadow? Dlaczego się zmieniłaś? – usłyszałam głos Mike’go . Odwróciłam głowę w jego stronę, uśmiechnęłam się.
- Nie wiem, tak zadziałała na mnie siła umysłu. Chyba podświadomie chciałam tak wyglądać jak kiedyś. – odpowiedziałam wesoło.
Było ślicznie, jasno. Pogoda była wyjątkowa. Słoneczko przygrzewało. Uwielbiałam moje sny, były tak inne od rzeczywistości, i chociaż na chwile mogłam zapomnieć o realnym świecie.
- Ładnie Ci. Nie dziwie się że Logan Cię kocha. – Powiedział Mike. Zdziwiło mnie trochę, że mówił to tak spokojnie.
- Pogodziłem się z Tym, że nigdy nie będziesz tak naprawdę moja. – Dodał smutno.
- Ale o czym Ty mówisz? – Zdziwiłam się troszkę, ale domyślałam się o co może mu chodzić.
- Wiesz, i ja wiem, że kochasz nadal Logana, a on może nie wie tego, ale też Ciebie kocha. – Dziwnie mi się tego słuchało, ale wiedziałam że ma racje.
- Ale wiem też, że kocham Ciebie Mike.- Pocałowałam go. On odsunął się po chwili, uśmiechnął do mnie.
- Ja Też Ciebie kocham Shadow – Powiedział i nagle coś się stało. Cała rzeczywistość snu zachwiała się. Znaleźliśmy się na łące pełnej konwalii a ich zapach zakręcił mi się w nosie.
- Dziękuję Mike, jesteś słodki – Powiedziałam wiedząc, że to jego zasługa. W końcu on to potrafił.
- Chyba musisz się już obudzić co? – powiedział Mikey niechętnie.
- No w śpiączce nie wolno być za długo, bo się zamartwią… – powiedziałam z uśmiechem.
- Ok, Właśnie nastał ranek, obudzimy się. – Powiedział i zaczęłam czuć to dziwne przejście między snem a rzeczywistością.

Kiedy otworzyłam oczy Mikey i McCoy stali nade mną.
- Shad, nic Ci nie jest? Czemu tak długo nie budziłaś się?- Usłyszałam zatroskanego Michaela.
- Nie wiem. Coś … Miałam wizję. Oni coś kombinują. Są coraz bardziej gotowi do swoich planów.
- Będą atakować? – Zapytał wystraszony Hank.
- Tak, ale to dopiero bitwa. Chcą zniszczyć wieżowiec.- Powiedziałam jak w transie. Szybko się podniosłam z łóżka. Wybiegłam z Sali. Chcieli mnie złapać, ale nie dałam się im. Musiałam zdążyć, musiałam pomóc tym ludziom. Wszyscy szybko się zorganizowali, i polecieliśmy, tam gdzie ich pokierowałam. Do wieżowca, który chcieli zniszczyć dla zabawy, dla sprawdzenia mocy Phoenix. Muszę ją powstrzymać, miałam tylko jeden problem. Jeszcze nie wiedziałam jak to zrobię.
Wyskoczyłam jako pierwsza, pobiegłam, a wszyscy za mną. I zobaczyliśmy ich.
Phoenix uśmiechnęła się kiedy tylko mnie zobaczyła.
- W końcu możemy się spotkać na żywo. Wielka Lady Shadow Flame. Chociaż teraz powinnam powiedzieć raczej Mała. – Jej głos dudnił, odbijając się o ściany budynków. Ludzie pouciekali, gdy Magnus użył swojej mocy. Stałam naprzeciw Phoenix i zastanawiałam się co dalej.
- Witam ptaszynko – powiedziałam spokojnym głosem, chociaż w duszy bałam się niesamowicie. Mikey stał z jednego boku, a z drugiego Beast. Logan gdzieś z Tyłu. Zaatakowała mnie nagle. Jean wytworzyła psychiczną barierę. I Uratowała mi tym życie. Nie wiedziałam jeszcze czy będę umiała panować nad mocami, czy w ogóle mam jakieś. Zaczęła się walka na siły psychiczne. Nad tym pozwoliło mi panować, moje wcześniejsze wariactwo, kiedy to weszłam do cerebro.
W pewnym momencie odrzuciło Phoenix. Udało się!!! Ale Magnus, wiedział co zrobić. Użył swojej mocy na Loganie. To był dobry argument. Słyszałam jęki bólu Logana nad naszymi głowami. Phoenix podniosła się i zagniewana zaatakowała mnie znowu. Starły się nasze moce. Ale nie umiałam się skupić, bo Magnus coraz większy zadawał ból Wolverinowi. Teraz Phoenix mnie powaliła. Uniosła się w powietrze. Chciała zadać decydujący cios. Obojętne jakiej mocy by użyła, nawet najsłabszej, i mogłaby mnie zabić. Ale ona miała zamiar wypowiedzieć zaklęcie śmierci. Coś najbardziej okrutnego co mogła wybrać. Byłam już gotowa na śmierć.
- Shadow, zginiesz, za to że chciałaś mi się przeciwstawić. – Powiedziała Phoenix. Ja próbowałam ocknąć się z poprzedniego ataku. Ale trudno było mi zebrać myśli. Słyszałam, że inni walczyli z Aco. Że ich moce się ścierały. Nie miał mi kto pomoc… Oto nadchodzi śmierć.
Usłyszałam bezwiedne słowa wypowiadane przez Phoenix, zaklęcie śmierci w długiej agoni bólu i cierpienia… Widziałam promień zaklęcia lecący na mnie. Zamknęłam oczy… Wszystko stało się ciemne, głosy zamarły… Teraz tylko czeka mnie śmierć..
Żegnajcie przyjaciele….

Phoenix zaginała czasoprzestrzeń używając kontinuum mobiusa. Czas zwalniał, lub się zatrzymywał. Przed samą śmiercią Profesor zdążył jeszcze krzyknąć w psyche, i powiedział do Phoenix:
- Ta moc Cię zniszczy… – Po czym zginął. Zniknął. Po prostu zniknął, rozdarty na miliardy kawałków…
-NIE!!! CO Ty zrobiłaś! – krzyknał przerażony Magneto. Jednak po chwili się opanował. Wszystko się uspokoiło. Statek opadł na ziemię, a Phoenix, razem z nim. Jej oczy wróciły do normy.
- Co ja zrobiłam…- Szepnęła do siebie. Magneto wziął ją i wyszli z samolotu.

- NIEEEEEE!!! – Jean wydała z siebie krzyk. Ja też wiedziałam co się stało. I Chyba każdy usłyszał głos Xaviera. Jeszcze nie wiedzieli, jednak, że to był głos agoni. Głos umierającego, zabijanego Profesora…

Wróciliśmy na statek, w jak najszybszym tempie. Wszystko w koło statku było powyginane, i unosiło się lekko nad ziemią. Echo krzyku Xaviera nadal unosiło się w powietrzu.
Logan wbiegł do statku. Szukał Xawerego, ale nigdzie go nie było. Zobaczył tylko pusty wózek. Padł na kolana i wydał z siebie ryk smutku, żalu i rozpaczy.
Teraz dopiero Ci co stali na zewnątrz uświadomili sobie co tu się stało.
Stałam trochę za drzwiami patrząc na lament Logana. On Klęczał na ziemi, obejmując głowę rękoma i opierając się łokciami o podłogę…
Nie wytrzymałam. Przykucnęłam przy nim, objęłam go, i sama zapłakałam…

Lecieliśmy do instytutu. Prowadziła Storm i Scott. Reszta osób nie myślała świadomie. Chociaż nie powiem, Scott wydawał się nie dopuszczać do Siebie myśli o Tym co się stało. Szczerze mówiąc jeszcze nikt nic nie wiedział. Nikt nie myślał o tym co mogło się stać. I mieli nadzieje.

Kiedy dolecieliśmy do instytutu, wszyscy byli w jakiejś empatii.
- Shadow… Jeśli to Ty, to powinnaś umieć porozumiewać się z umarłymi. Mogłabyś sprawdzić czy…- Powiedział do mnie Scott. Wiedziałam że chodzi mu o to abym sprawdziła czy wśród moich przyjaciół jest Xawery. Ale nie byłam pewna swoich mocy, w końcu moje ciało i część umysłu posiadał Phoenix. Jeden z 6 najpotężniejszych. Teraz na dodatek wspomożony moimi mocami. Mam nadzieje, że moje moce kryły się też minimalnie w mojej świadomości, i będę mogła ich użyć.
- No właśnie. Jeśli jesteś Shadow, to powinnaś potrafić… – Usłyszałam głos Logana za plecami. Wcześniej został w hangarze, wiedziałam że chciał przemyśleć pewne sprawy.
- Tak, jestem Shadow, ale mówiłam przecież, że nie mam swojego ciała i mocy. Ma je Phoenix. – Odpowiedziałam zgodnie z tym co uważałam.
- Prawdziwa Shadow by się nie poddała. Walczyłaby. – Powiedział ostro Logan. Zaczynał mnie swoją uporczywością i niewiarą denerwować. Mike, słuchał tego z zaciekawieniem. W końcu postanowił się wtrącić:
- Czemu od razu osądzasz? Skąd wiesz, że ona nie będzie próbowała? Nie bądź taki zaborczy – Logan spojrzał na niego zmrużonymi z gniewu oczami. Mike nie pozostawał mu dłużny.
- A Ty czego się wtrącasz? – burknął James.
- Bo czepiasz się Shadow! A ja nie pozwolę żeby jakiś mikrus tak zwracał się do mojej dziewczyny – powiedział wściekły już Mikey. Zdenerwowałam się, sama nie wiem czym. Wstałam i pospiesznie udałam się do swojego (tymczasowego) pokoju.

Tam usiadłam na łóżku. Musiałam spróbować. Logan ma racje, prawdziwa Shadow walczy, nawet jakby nie miała mocy starała by się jakoś wydobyć wiedzę o Charlesie. Tak więc skupiłam się, wyciszyłam. Wiedziałam że może mi się nie udać, ale jeśli nie spróbuję to się nie dowiem. Siedziałam tak chyba z godzinę i nic. Żadnego połączenia z umarłymi, żadnych głosów u wizji.
Nie wiedziałam co zrobić. W końcu otworzyłam oczy. Wyszłam z letargu i zobaczyłam, że w pokoju siedzi Logan.
- Czyżbyś próbowała coś zrobić? – Zapytał już spokojny.
- Chciałem przeprosić. Jestem trochę wybuchowy – powiedział jakby trochę skruszony.
- Loganie, wiem. Wiem jaki jesteś. Możesz nie wierzyć, ale to ja, Shadow. Pamiętam wszystko, i Wiem jaki jesteś. – Powiedziałam Ciepło. Znowu poczułam Coś do tego faceta. Ale teraz było to dziwne, bo nie byłam już pewna swoich uczuć i odczuć.
- Udało Ci się coś dowiedzieć?
- Niestety… – odpowiedziałam smutno. W tej chwili wpadłam na pomysł. Logan Zobaczył tylko znikający w drzwiach cień. Zanim domyślił się co zamierzam zrobić, ja już zamykałam za soba drzwi od cerebro….

- Mogą sobie nadlatywać, i tak nie dadzą rady przeciwstawić się naszej broni. – Magnus był tak pewny siebie, że mogło się wydawać, że aż promienieje. Wierzył w swoja siłę, wiedział że stworzył Idealnego mutanta. Ale nie wiedział całkowitej prawdy. Nie wiedział, że Phoenix chce zawładnąć światem. SAM.
Jednak z pewnych momentach, jego uczucia brały górę, i zastanawiał się wtedy co dobrego zrobił. Pomyślał że poświęcił córkę.

Z drugiej strony czego nie robi się dla lepszego świata?
Stał dumnie, obok niego Phoenix. Była spokojna i uśmiechnięta. Wiele mutantów stało niżej. Na wielkiej polanie. Byli gotowi do zagłady ludzkości.

Tymczasem przygotowani X-men lecieli w ich kierunku.
- Szykuje się wielka bitwa… Może nawet wojna. Nie każdy z was wie, o co tak naprawde walczy. Walczymy o nasz świat. ONI Mają wielką przewagę, ale my nie jesteśmy bezsilni!!! – Hmm.. Chyba nie każdy wierzył w słowa Xawerego. Nie mogłam tego znieść. Siedziałam gdzieś z tyłu. Minął tydzień od pojawienia się mojego w instytucie, i nadal nikt nie bardzo wiedział kim jestem. Wstałam.
- Charlesie, proszę Cię… SŁUCHAJCIE. Magnus ma wielką przewagę. Jest z nim Phoenix, i wcale nie ma ona zamiaru mu pomagać. Ona chce zawładnąć światem, wykorzystać jak ludzi tak i mutantów do swoich celów. Ona jest złem, bardzo wielkim. Gwarantuję że w tej wojnie zginie wielu, ale tylko tych którzy nie wierzą we własne siły. I walczcie o Siebie a nie o innych. Walczcie tak, jakbyście To wy mieli zginąć. Będą ofiary, ale i zwyciężcy. Wy możecie zdecydować do której grupy będziecie należeć. Kto nie chce walczyć niech wraca… Ja mogę walczyć sama. Ja mam powód, i wcale nie chodzi mi tu o ludzkość! Ta szmata zgarnęła moje ciało, wykorzystać chce do swoich celów moje moce… A ja na to nie pozwolę!!! – Rozległ się huk wrzasków i radości.
- Shadow jestem z Tobą!! – Kiedy ucichło to właśnie Storm mnie wydała.
- Ja również i poświęcę nawet życie, jeśli trzeba będzie. – Mikey uśmiechnął się do mnie. Blue i Jessy rozpoznały we mnie Shadow.
- Siostrzyczko pomożemy Ci! Będziemy walczyć o nas, o nasze życie!!! – Powiedziały obie. Xavier przyglądał mi się trochę zdenerwowany. Ale widząc zapał do walki uśmiechnął się. Znowu wszyscy wyrazili swoją chęć do walki.
Logan spoglądał na mnie dziwnie. Ja zerkałam Ciągle na niego… Podszedł do mnie Mikey i mnie pocałował. Dziwnie się poczułam. Wszystko było Dziwne. Coś się we mnie działo. Coś dziwnego, powodowało że nagle poczułam słabość. Myślałam że zemdlałam, bo nie czułam już podłoża pod stopami. Ale nadal byłam w pionie. Moje Ciało rozbłysło, po czym opadłam na ziemię.
- Co to było?- Zapytała zdziwiona Rogue. Patrząc na mnie zobaczyli małe zmiany. Włosy stały się białe. Ubranie było białą szatą. Moje paznokcie urosły i stały się szponiaste. Oczy Zmieniły kolor na Zielono-błękitny.
- Chyba jestem coraz bardziej gotowa- powiedziałam lekko drżącym głosem.
Wylądowaliśmy w środku lasu. Radar nie wykazywał żadnego ruchu. Byliśmy zdziwieni, bo jeszcze przed chwilą oni tu byli.
- Albo wykorzystali kontinuum, albo jakieś inne moce.- Powiedziałam. Wyszliśmy z X-jeta. Ruszyliśmy za wykrywaczem w głąb lasu. Każdy uważał na siebie. Logan Ciągle szedł za mną. Mikey pilnował mnie jak oka w głowie.

To stało się nagle. Spadł na nas grad ognia. Z drugiej strony doszło pełno żołnierzy. Najpierw chcieli nas atakować, ale Charles zadbał o to żeby nas nie atakowali. Każdy starał używać się swoich mocy do obrony przed palącymi się kulami, spadającymi na nas.
Wokół było teraz mnustwo ognia, zniszczonych drzew. Na dodatek się ściemniało. Musiałam robić uniki, bo niestety nie miałam swoich mocy, o czym zapominałam na każdym kroku.
Zaczęli atakować nas mutanci. Walka była coraz trudniejsza. Ale nigdzie nie było Magneta i Phoenix. Ta walka nie miała sensu, nie o To chciałam walczyć.

Wtem usłyszałam krzyk… Krzyk w psyche.

W Blackbirdzie.
- Nie będziesz wchodził w mój umysł!!! – Phoenix była wściekła. Charles siedział przed nią na wuzku. Walczył z nią telepatycznie. Ale widać było nadwyrężenie wszystkich mięśni. Phoenix była coraz bardziej rozwścieczona.
- To nie Twoje Ciało! Nie Twoje wspomnienia! Wiesz że To ciało Cię nie przyjmie!!!- Krzyczał Xawier.
- ZAMKNIJ SIĘ! – wszystko wokół zaczęło się unosić, wszystko zaczęło się poruszać. I niszczyć.
- Nic nie wiesz! Ja naprawdę kocham Logana! I naprawdę kocham moje dzieci!!! Jestem prawdziwą Lady!!! A Teraz wynoś się z mojej głowy! – Phoenix była coraz bardziej rozłoszczona. Łzy spływały jej po twarzy. Włosy zaczęły falować pod naporem mocy. Jej oczy stały się ciemne. Cała twarz pokryła się żyłkami świadczącymi o wielkim wysiłku. Phoenix wstała ze swojego miejsca. Jej gniew nie znał umiaru. Wszystko zaczęło się rozpadać, razem ze wszystkim także i Xawier… W jego psyche rozległ się krzyk.

Wszystko zwolniło tempa. Walka umysłów, potęg jakimi są profesor i Phoenix sprawiało że wszystko wkoło zmieniało swoje naturalne kształty.
- Chce Ci pomóc!!- Charles mówił coraz słabiej.
- Ale ja nie chce tej pomocy! NIE POTRZEBUJE JEJ! – Phoenix była pewna swego.

Magneto stojący niedaleko, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie chciał żeby Phoenix zabiła Xaviera. Lecz było za późno…

Odkrycie.

10 komentarzy

- Shadow, jak się czujesz? – Zapytał Mike jak już Logan wyszedł. Nadal leżałam obrócona w drugą stronę.
- Kiepsko – Odpowiedziałam wycierając ręką oczy. Spojrzałam na chłopaka. Czułam się dziwnie, bo wyglądał prawie jak Logan w młodości. Długie włosy, przystojna twarz. Aż dziwne się wydawało, że nikt nie zauważył podobieństwa. A może tylko ja je dostrzegam? Uśmiechnęłam się do niego po chwili.
- Nie martw się, tylko trochę boli mnie głowa. Nic wiecej. – Usiadł obok mnie na łóżku. Schylił się i mnie pocałował. Przerwało nam czyjeś chrząknięcie. Oboje odwróciliśmy głowy w stronę drzwi. Stała w nich Storm.
- Mam Do Ciebie kilka pytań – powiedziała spoglądając na mnie. Mikey spojrzał na mnie, uśmiechnął się po czym wstał i wyszedł. Storm jak zawsze pozytywna, podeszła do mnie, ciągle się uśmiechając. Najpierw pozadawała mi typowo medyczne pytania. Nic mnie nie ruszało. Odpowiadałam na nie jak jakiś komputer. Jedno wiedziałam na pewno. Moje myśli nie były w tej Sali.
- Shadow, o czym myslisz?
- Ah Storm.. po prostu rozmyślam…- Odpowiedziałam nadal patrząc się w pustkę. Ona Wzięła mnie za rękę uśmiechnęła się do mnie. Teraz zrozumiałam co się stało. Ona przytuliła mnie energicznie, po czym pociekły jej łzy z oczu.
- Ja wiedziałam że nie mogłaś umrzeć, Ty tak łatwo się nie poddajesz…- Powiedziała moja przyjaciółka.
- Storm o czym Ty mówisz? – Byłam niesamowicie zaskoczona tymi słowami. Czyżbym znowu umarła i nic o tym nie wiedziała?
- No… E.. To Ty nie wiesz? Zemdlałaś pewnego Dnia. Mc Coy Cię zaniósł na salę. Ogółem twój mózg się wyłączył… Działo się z Tobą coś dziwnego. Budziłaś się i zasypiałaś. I Pewnego dnia…. Prawie zabiłaś Logana. Potem wyszłaś przed budynek. Mutancie próbowali się zatrzymać. Nie potrafili… Byłaś niesamowicie silna. Lasery się załączyły i cała ochrona instytutu, myślała że jesteś wrogiem. Zaatakowała Cię i… I Rozpłynęłaś się…. Zginęłaś. – kiedy Storm mi to opowiadała, zaczęło do mnie wszystko pomału docierać. Czyli to nie był sen? Albo był… Sama już nie wiem. Ale wiedziałam że to wszystko nic dobrego nie wróży…
- Storm, nie wiem jak Ci to wyjaśnić….. Jedno wiem. Świat i ludzkość ma wielkie problemy….

- Ciekawe kim ona jest…- Powiedziałam do siebie, ale raczej nie było to za cicho. MIke’y spoglądał na mnie zainteresowany. Ja jednak byłam teraz zaaferowana postacią którą ujrzałam. Podeszłam jeszcze bliżej, chciałam podsłuchać o czym rozmawiają. I udało się!!! Czyli mój słuch mnie nie zawiódł .
- Witaj pani, Czekaliśmy z niecierpliwością.- Powiedział Gambit. Wszyscy z Aco zachowywali się dziwnie, jakby się bali.
- Gdzie Magneto – zapytała niskim pieknym głosem ruda kobieta. Wszyscy trwali w dziwnym półśnie. Kobieta wydawała mi się dziwnie znajoma jakbym ja już widziała… I Znała. Tylko nie umiałam sobie przypomnieć skąd ja ją znam.
- Mam dla Eryka to czego chciał. Ale nie mogę zbyt długo czekać, gdzie on jest? – zapytała ostrzej.
- Proszę Phoenixie nie denerwuj się, o już nadjeżdzą – Usłyszałam głos Silver. Jezus Maria, To Fenio, to .. O boże… Nie wiem co się stało ale zakręciło mi się w głowie. Nagle obraz przed moimi oczyma się zmienił. Widziałam podjeżdżającą limuzynę. Stałam obok sabrethoota, gambita, Pyro i Silver. Nagle usłyszałam głos
- Niech Pani wsiada, To jest Magneto. – Odwróciłam głowe w strone glosu, zobaczyłam Pyro. Nie wiedziałam o co chodzi, dlaczego tutaj stoje. Wróciłam spojrzeniem na samochód. Drzwi się otworzyły i mimowolnie wsiadłam do środka. Jeszcze zerknęłam na miejsce gdzie wcześniej stałam z Mikeyem. Chłopak trzymał mnie w ramionach, wyglądałam jakbym zemdlała.
- Witam, Phoenixie. Dziękuję że przyjęłaś moje zaproszenie. Mam nadzieje że nie robisz nic przeciw swojej własnej woli…
- Ależ oczywiście, Wszystko czego pragnęłam, dopiero przed nami. – W tym momencie wróciłam do swojego ciała. Samochód odjechał.
- Co Ci się stało? – Zapytał Mike.
- Chyba szykują się niesamowite kłopoty. Musimy szybko znaleźć się w instytucie.- Zawołałam Taxi i ruszyliśmy.

Pod drzwiami instytuty wróciły do mnie wspomnienia. Wróciło wszystko co pamiętałam, i co czułam. I wróciła miłość. Przed moimi oczami pojawiały się obrazy z życia, jakby przed śmiecią. Trzymałam rękę Mike’a, ale byłam teraz w innym świecie. Chłopak stał tylko i spoglądał na wielką bramę i budynek w oddali.
- Więc to ten instytut – usłyszałam jego głos tak jakby z oddali. Zobaczyłam że do Drzwi podbiega Rahne
- Dzieńdobry, czy państwo w jakimś konkretnym celu?- Spojrzałam na nią wybita z myśli, kiwnęłam głową.
- Wolverine….- Szepnęłam. Ale dla jej wilczych uszu nie było to za Ciche. Nagle targnął mną jakiś wstrząs. Poczułam ból i pociemniało mi przed oczami. Znowu znalazłam się gdzieś, gdzie tak naprawdę nie byłam.
Widziałam polanę, i masę ludzi, widziałam mojego Ojca, i Matkę. I wiele innych mutantów. Widziałam Victora. Magnus podszedł do mnie i się uśmiechnął.
- Zagłada ludzkości coraz bliżej, a Ty jesteś kluczem do naszej ewolucji. To Ty, Twoja moc, i to ciało macie szanse Stworzyć lepsze świat! Świat homo superior!!! – Powiedział głośno, śmiejąc się.
Oj Tato, żebyś Ty wiedział, że Mam coś innego na myśli. Że wcale nie mam zamiaru Ci pomagać i tym nędznym mutantom.
Moment.. to nie są moje myśli, nie mogą. Ja, zawsze byłam, jestem i będę neutralna! To są myśli….

Tak, moje myśli, a teraz wynoś się bo to moje ciało, JUŻ MOJE….

Po tych słowach znowu ból i jaskrawe światło. Otworzyłam oczy, leżałam na kanapie w salonie. Naokoło mnie siedzieli mutanci, Mike stał niedaleko. Podniosłam się i usiadłam. Zobaczyłam Logana…
Nie spodziewałam się takiego czegoś po sobie. Ale po prostu wybuchłam płaczem. Było to strasznie niekontrolowane. Logan chyba myślał że jestem jakąś zdesperowaną mutantką, bo zaczął mówić do mnie uspokajająco.
- Dziecko, nie przejmuj się, jesteś wśród swoich. Nie musisz się już obawiać. Tutaj Ci pomożemy…. – Dalej nie słuchałam.
- Gdzie Xawier?- opanowałam płacz. Mówiłam ostrym głośnym tonem.
- Uspokój się dziewczyno, Charlie powinien zaraz tutaj przybyć.
- Logan nie traktuj mnie jak bachora, skoro nim nie jestem. To ważne. – powiedziałam po czym wszystkie oczy mutantów zebranych w salonie skierowały się na mnie.
- Magnus chce wybić ludzi. Ma mnie, tzn Phoenix w moim dziwnie zmienionym i udoskonalonym Ciele. – Patrzeli na mnie jak na szaleńca
- Dziewczyno, uspokój się, Rozumiem, że wiele przeszłaś, chyba powinnaś się położyć. Zabierzemy Cię do Ambulatorium…- Wolverine jak zawsze był zbyt wielkim realistą.
- Idioto! To ja Shadow, niestety nie w moim ciele i nie potrzebuje zafajdanego ambulatorium. – Rogue siedząca nieopodal patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Kim Ty jesteś! Shadow odeszła, Jak śmiesz się za nią podawać! – Wydarła się na mnie. Widziałam furię w jej oczach. Zdziwiło mnie to, ale rozumiałam dlaczego mnie nie poznaje. Nie wyglądałam jak ja. Dziwiłam się że Kurt nie jest przy Rogue, widziałam go z drugiej strony z Fay.. Zdziwiłam się na ten widok. Czyżby… coś się zachwiało w równowadze tego świata?
Do salonu wjechał Xawery.
- Witaj dziecko, słyszałem że masz do mnie sprawę. – Powiedział swoim poważnym tonem.
- A no mam. Jak mówiłam, Magneto ma broń przeciwko ludziom. Chce zniszczyć ludzkość, poprzez wykorzystanie Phoenixa, który zagnieździł się w moim byłym Ciele. Ale tamto ciało udoskonalił i uodpornił, przez co sądzę że mamy małą zdolność pokonania go… – Wszyscy patrzeli na mnie z niedowierzaniem. A ja zastanawiałam się gdzie jest Blue, Jean, Scott, Kitty… Gdzie są moi przyjaciele? Oczywiście była Tutaj Rogue, Kurt, Fay, Jessy. I wielu innych mutantów.
- A kim Ty jesteś, i skąd to wiesz?- Zapytał Charles. Czyżby nie umiał czytać w moich myślach?
Nie zdążyłam odpowiedzieć kiedy usłyszałam głos Mike’ya :
- Ona jest kimś kto chce i musi zniszczyć Phoenix jego własną bronią, mimo że nie jest tak silna jak ona, powinna spróbować. Z Naszą pomocą. – Poczułam ciepło w okolicy serca. Tak, czułam coś do tego chłopaka, wiedziałam że w chwili zagrożenia będę mogła na niego liczyć. Tylko dlaczego tak bardzo boli mnie bliskość Logana? I czy przyznać się im kim jestem?…
- Rozumiem. Ale… – Xavier nie zdążył skończyć mówić kiedy do salonu wpadli Jean, Kitty i Storm:
- Profesorze, mamy problem. Grupa Magneto chyba coś szykuje. Zorganizowali się w sektorze b. Na południu lasu… – Chyba te słowa Cyclopsa wystarczyły za potwierdzenie moich wiadomości. Tym czasem ja przez to przenoszenie się z ciała do Ciała wykorzystywanego przez Phoenix poczułam się słabo. Słyszałam jeszcze jak Scott organizuje grupę zwiadowczą. Jak Mike zgłasza chęć pomocy i Jak Logan, mówi że zaniesie mnie do Ambulatorim….

- Hej mała, już wszystko w porządku. Usłyszałam głos Wolverina. Czułam się strasznie, jakby po mnie jakiś walec przejechał. Aż się zdziwiłam że tak bardzo jestem wykończona…
- Co się dzieje? Czy…- chciałam się dowiedzieć, czy zaatakowali, ale chyba mimo wszystko między Mną a Jamesem pozostała ta subtelna więź…
- Nie, jeszcze nie. Magneto chyba się nie śpieszy, a nasi ich obserwują. Ja wolałem zostać Tutaj, bo Pan McCoy niestety, ale nie jest w stanie opiekować się chorymi…
- A Co mu się stało? – Zapytałam zdziwiona
- Pytasz tak, jakbyś go znała…- Nie wiem czemu, ale wyczuwałam w jego głosie nutkę smutku.
- McCoy, opiekował się pewną dziewczyną, o której w szoku mówiłaś że nią jesteś… I wtedy kiedy ona.. Od tamtego czasu jest w śpiączce…- powiedział troche zacinając się.
- Ale co jej się stało? – Nie umiałam wyjść z zaskoczenia.
- Znałaś ją?
- Dlaczego odpowiadasz pytaniem na pytanie? I zmieniasz temat…
- Nie powinnaś mówić do mnie pan? – W tym momencie usiałam. Byłam blisko Logana, gdyż od dłuższego czasu siedział na brzegu mojego łózka. Patrzyłam się w jego oczy z bliskości jakiś 30 cm. Nastała ogromna cisza. Ani ja, Ani Logan nie odezwaliśmy się słowem. Czułam. Czułam że on zaczyna coś rozumieć. Że poznaje we mnie Shadow. Jeszcze nie całkowicie, jeszcze w to nie wierzy. Ale nie wiedziałam jak zrobić żeby sobie naprawdę przypomniał. No i może tego nie chciałam. Mimowolnie podniosłam rękę do jego policzka. Czuły gest kochanki, sam z siebie wykonany. Nie panowałam nad tym. W prawdzie, nie wierzyłam w to że uda mu się pokaać co czuję i pamiętam, bo odkąd znalazłam się w baywille nie udało mi się użyć żadnej z mocy. Ale chciałam tego. Pocałował mnie nagle. Objął mnie czule. Kiedy pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim usłyszałam wyszeptane:
- Shadow….
Oderwałam się od niego. Spojrzałam z nadzieją w oczach na niego. On jednak…
- Wybacz, nie wiem co mnie opętało. Myślałem że Ty to… Ona. Sam nie wiem dlaczego. – Nie wiedziałam czy mam się cieszyć, czy płakać z tego powodu że nadal nie wie że ja to ja.
Nic nie powiedziałam. Miałam ochotę się rozpłakać. Położyłam się spowrotem na kozetce, odwróciłam głowę w drugą stronę. Po policzku spłynęła mi łza. Wolverine, może by ją ujrzał, gdyby nie fakt że właśnie wychodził mijając się z kimś w drzwiach…

- Śpisz?- Słyszałam głos Mike’a. Czułam jednak do niego żal. Nie odpowiedziałam.
- Wiem ze mnie słyszysz. Przepraszam, że tak ostro cię potraktowałem, ale oni wszystko słyszą. Nie mogłem nic powiedzieć, bo miałabyś problemy i ty i ja. Udaję teraz, że dałem Ci ogłupiające leki, a tak na prawdę po prostu uśpiłem Cię. Jestem mutantem, umiem panować nad czyimiś snami, mogę wtedy spokojnie rozmawiać ze śpiącym i nikt nawet najlepszy telepata nie będzie wiedział, o czym rozmawialiśmy.
- Już zaczynam rozumieć… Czyli mutanci istnieją? Dziwne…
- Tak istnieją. Na początku myślałem, że jesteś zwykłą wariatką, jak wiekrzość pacjentów tutaj. Ale sam fakt, że leżałaś z mutantami na sali był dla mnie zastanawiający. Tzn., Na górze nie wiedzą, że Angelus jak i Erynia są mutantami, ale oni chcieli żebyś była z nimi w sali. A to znaczyło już, że Erynia rozpoznała w Tobie mutanta, tak jak i Angelus. Dobrze, że mają go za wariata. Bo on to czasem za dużo mówi.
- Czekaj, to oni sobie mnie wybrali? Jak to? – Byłam zaskoczona jego słowami.
- No, wieźli cię na łóżku, mieli dać Cię dwie sale dalej, do samych samobójczyń. Ale Erynia powiedziała, że jest wolne łóżko u nich w sali i czy nie mogłabyś leżeć z nimi. Pielęgniarka nie miała nic do powiedzenia. Tym bardziej, że ojciec Erynii jest milionerem. A Erynia wolała mieć Ciebie na oku.
Ale potem zaczęłaś się palić i unosić w powietrzu, erynia próbowała to powstrzymać siła umysłu, ale nie umiała. Wydało sie. – Tutaj przerwał. Otworzyłam oczy. Byłam w moim śnie. Widziałam też Mike’a. Był ubrany cały na biało. Ja miałam na sobie długa białą suknie.
- Prawie jak w niebie…- Powiedziałam raczej do siebie. Uśmiechnęłam się.
- Wiesz, jesteś inna niż mutantki, które poznałem. Masz moce, ale nie panujesz nad nimi w ogóle. Czasem wygląda to tak, jakbyś pobierała je od kogoś. I w ogóle na początku w ogóle byś chyba nie wiedziała ze masz moce. Ale wyczuwam od Ciebie wielką siłę. Twoje moce nie były by pewnie tak olbrzymie, gdyby nie to, że podsycasz je uczuciami. Dziwne. Jak z Tobą przebywałem, to wszystkie uczucia odczuwam kilka razy silniej niż normalnie.
- Byłam.. Może jeszcze jestem.. Wampirem. Może to tak działa.. Nie wiem. Wiem ze wcześniej jeszcze jak miałam swoje ciało, to potrafiłam rozmawiać z umarłymi, i mnie kochali, bo byłam ich światłem. Dzięki mnie mogą się porozumiewać miedzy sobą. Kiedyś nie mogli. NO i właśnie umarli uczyli mnie wszystkiego i nowych mocy i w ogóle wielu potrzebnych doświadczeń. Ale teraz… To nie moje ciało. Nie wiem, co potrafię. Wiem tylko ze musze się stąd wydostać i znaleźć sie w Ameryce… – Zamyśliłam się głęboko. Mike patrzył na mnie.
- Ty chcesz do tego miejsca gdzie bywałaś w snach? – Zapytał cicho.
- Tak, i niektóre te sny to były połączenia z moim ciałem. Chęć powrotu do niego. Jednak jakiś pasożyt sie w nie wdał. I to w kurwy silny… Musze go pokonać. – Podniosłam się w tym śnie. Siedzieliśmy z Mike’yem na trawie. Kiedy wstałam zerwał sie wiatr. Podniosłam ręce do góry a wiatr wzmógł się jeszcze bardziej. Kiedy szybko dałam je na dół, wiatr przestał w ogóle wiać. Mike’y patrzył na mnie trochę zaskoczony
- Widzę, że wiesz jak panuje sie nad snami… Mogę pomóc Ci się stąd wydostać. Mieszkam niedaleko, tam mogłabyś się zatrzymać na chwile. A ja załatwiłbym wszystko.
- Dobra!!! Ale jak mam się stąd wydostać? – Zapytałam zrozpaczonym głosem.
- Słoneczko, dla mnie to nie problem. Uśpię tych na górze i strażników, niestety muszę być w pobliżu nich, żeby to zadziałało. Tzn. nie mogę odchodzić za daleko budynku. Dam Ci adres mojego mieszkania i klucze. Pójdziesz tam. Ja jak skończę prace, to tez przyjdę. Dobrze?
- Ok., Ale to na pewno się uda? – Nie byłam pewna jego pomysłu.
- Uda sie, a dzięki tobie może wyrwę się w końcu z tego całego zamieszania. Każdego dnia boję się, że mnie wykryją. Przyniosę Ci ubrania, kiedy pójdziesz pod prysznic. Wtedy ich uśpię, będę ich trzymał w śnie na jawie… Nie zapomną ich do końca Życia… W ogóle nie zauważą, że śnili. Tylko się pośpiesz, nie utrzymam iluzji za długo, więc proszę biegnij, co sił w nogach. – Kiedy to powiedział, ja pokiwałam tylko głową. Jeszcze zgadaliśmy się, co, do czego. Podał mi adres swojego mieszkania. W końcu się obudziłam. Bolała mnie głowa. Ale Mike przyszedł. Odwiązał mnie. Traktował mnie sucho tak żeby nie było podejrzeń. Zaprowadził mnie do łazienki. Miał szary pakunek, w którym najczęściej przynosił mi świeże piżamy. Wiedziałam, że teraz nie znajdę tam obrzydliwego twardego materiału. Wykąpałam, sie wytarłam. Kiedy wyszłam i stanęłam naprzeciw niego, on puścił do mnie oczko położył pakunek na krześle, po czym zobaczyłam jak zamyka oczy. Skupił sie… I.. Nic. Otworzył oczy. Już sie wystraszyłam, że nic się nie stało, ze się nie powiodło. Ale on nagle się uśmiechnął.
- Dobra szybko ubieraj sie! W kieszeni spodni masz klucze do mieszkania i na kartce adres. – Powiedział to i wyszedł. Zrobiłam to, co powiedział i zaczęłam biec do wyjścia. Miałam wszystkie swoje rzeczy, swoje ubrania. Wybiegłam na zewnątrz. Boże, jakie to było proste. Biegłam tak długo aż nie widziałam budynku wariatkowa. Zwolniłam kroku. Nie wiedziałam jak to wygląda teraz w psychiatryku, i w ogóle. Ale chciałam tylko znaleźć mieszkanie Mike’a. I udało się.
Boże, nigdy żadna akcja nie była tak łatwa. Może, dlatego, że zawsze walczyłam z takimi organizacjami, które miały pojęcie o sile mutantów, albo z mutantami walczyłam. Teraz zostało mi tylko czekać na Mike’a. Z pracy wróci za jakieś 4 godziny. Położyłam sie na kanapie w saloniku. Załączyłam telewizor. JEZU! Jak miło usłyszeć język polski. Oglądałam jakiś Film.
Zaczęli nadawać regionalne wiadomości. Była już 12.00. Czyli Mikey wróci za jakieś 2 godziny…
- „Z Rybnickiego wariatkowa uciekła groźna pacjentka. Jest bardzo niebezpieczna. Władze jeszcze nie wiedza jak wygląda, jednak znają szczegóły, jakimi wyróżnia sie dziewczyna.” – O kurw… Nie…
- ” Ma długie błąd włosy, Nie jest za wysoka. Dość dobrze zbudowana. Jest bardzo groźna, lepiej zachowywać się spokojnie. Jeśli ktokolwiek zobaczy podejrzaną osobę, niech od razu powiadamia władze. Dziewczyna jest w białej koszuli szpitalnej. Mogła jednak zmienić już ubranie! W następnych wiadomościach pokażemy jej zdjęcie…” – No to do następnych wiadomości trza sie jakoś ulotnić. JA GROŹNA? Ciekawe jak Mike….
- Oto jej opiekun. Proszę pana, co się wydarzyło? Jak to się stało ze ona uciekła? Dlaczego nikt nie zauważył jak wychodziła??? – Zobaczyłam na ekranie Mikeya, był mokry od wody i chyba płynęła mu krew z brwi.
- Uderzyła mnie prysznicem, kiedy zaprowadziłem ją do łaźni. Potem nie wiem, co się stało, bo użyła takiej siły, że wpadłem na ścianę i straciłem przytomność. Dobrze, że byli w pobliżu inni pielęgniarze, bo bym się utopił w wodzie, której ona nie zakręciła…- DZIĘKI, MIKE;/ nie ułatwiasz mi… Pomyślałam.. Zobaczyłam teraz na ekranie Erynię
- pani jest pacjentką, była pani w pokoju z uciekinierką….- Spikerka już mnie denerwowała tymi swoimi pytaniami.
- Tak, ale nie jestem szalona. Ja tylko chciałam sie zabić- tutaj dziewczyna uśmiechnęła się do kamery- Ona była bardzo dziwna. Widziałam jeszcze jak uciekała. Miała na sobie świeżą białą koszulę. W ręce miała urwany prysznic. Kto stanął jej na drodze to go uderzała. Dobrze ze nikogo nie było na korytarzu. Dziewczyna chyba oszalała. Ale nie dziwię jej się. W końcu to wariatkowo prawda? – Znowu zabłysnęła uśmiechem. Spikerka podziękowała.
Nie no… Wariatka w białek koszuli zabijająca prysznicem, też coś:), Ale dziękuje Erynio! Boże, niech już Mike wraca… Sama nie wiem, kiedy usnęłam. Kiedy w końcu otworzyłam oczy usłyszałam kroki w mieszkaniu i poczułam miły zapach czegoś dobrego do jedzenia. Podniosłam się z kanapy. Przeciągnęłam się.
Poszłam do miejsca skąd dochodziły owe zapachy.

- Witam śpiochu! Ty groźna psychopatko z prysznicem – puścił mi oczko. Uśmiechnęłam się do niego. Widziałam jak lustruje mnie wzrokiem
- No, co tak się patrzysz, sam mi wybrałeś takie ciuchy.- Heh miałam na sobie dość wydekoltowaną bluzeczkę na ramiączkach i krótkie szorty z potarganymi nogawkami. Fanie to wyglądało.
- ładnie, podoba mi się. Teraz zjemy coś i załatwimy jakoś podróż do Ameryki. – Kiedy to powiedział uśmiechnął się. Jednak mi coś się Przypomniało…
- Pokazywali w telewizji moje zdjęcie? – Zapytałam trochę wystraszona.
- Tak, ale o to się nie martw. To tylko regionalna telewizja. A moi przyjaciele Ciebie nie wydadzą. Już rozmawiałem z moim przyjacielem – pilotem. Za 3 godziny lecimy. – Kiedy to usłyszałam myślałam, że zacznę skakać pod niebiosa. Rzuciłam się tylko na nic niespodziewającego się Mike’a i pocałowałam go w policzek. Zaskoczony chłopak obiął mnie.
- Dziękuję! Na prawdę, nie wiem jak Ci się odpłacę.- Powiedziałam, jednak ten uśmiechnął się
- Wiesz, robiąc coś dla Ciebie, robię i dla siebie. Zamieszkam gdzieś w Ameryce. – Kiedy tak powiedział, wpadł mi do głowy pewien pomysł.
- A może zamieszkasz w instytucie Xaviera? On tam uczy mutantów nad panowaniem nad mocami i pomaga innym. To by było dobre. A ja jak się uda tez tam wrócę… To, co? – Powiedziałam..
- Wiesz… To nie jest zły pomysł.. Przecież nic nie biorę tam, wiec to by było akurat… I zawsze chciałem uczyć innych…- Uśmiechnął się do mnie. Nadal mnie obejmował, teraz pocałował mnie czule… Nie opierałam się… Jednak w pewnym momencie oderwałam się od niego. W moich myślach pojawił się Logan.
- Coś się stało Shadow? – Zapytał chłopak
- heh, jak dawno do mnie nikt nie mówił Shadow… Wiesz, tam, w Ameryce, miałam faceta. Kochałam go nad życie. Jednak pewnego dnia dowiedziałam się o jedną rzecz za wiele… Odeszłam od niego. Chyba się tym nie przejął zbytnio.
- Jednak nadal coś do niego czujesz… Rozumiem. Przepraszam. Ale jak mówiłem ja przy Tobie szaleję.- Spojrzał głęboko w moje oczy. Też coś do niego czułam. Ale nie chciałam wiedzieć, co. Bałam się.
- A ja się dobrze przy Tobie czuję. – Uśmiechnęłam się do niego. Przyszykowaliśmy stół. Zjedliśmy posiłek.
- Tyle przeszliśmy razem. Tyle snów mi dałeś, że w pewnym momencie nie wiedziałam już, co było rzeczywiste a co nie…- Kiedy to mówiłam złapał mnie za dłoń. Ja się nie wyrywałam.
- Wiem, sam już tez nie wiem, co było na prawdę. Wiem jedno, że moje uczucie do Ciebie, nie było żadnym snem. Że jest prawdziwe…- Nastała Cisza. Ja tylko się uśmiechnęłam. On pochylił się do mnie i pocałował mnie.

Do odlotu było jakaś godzina. Zaczynaliśmy się pomału szykować. Tzn. pomagałam mu pakować, co ważniejsze rzeczy. W końcu się zebraliśmy. Pojechaliśmy na Rybnickie lotnisko.
- Heja! Tom!!! To jak podrzucisz nas do głównego lotniska?
- Jasne Mike! Dla przyjaciół wszystko – Tom spojrzał na mnie i puścił oczko – A Ty pewnie to ta groźna psychopatka, co? Hahaha – Uśmiał się serdecznie
- Taaa… Uważaj, bo zatłukę Cię prysznicem. Hehehe – odpowiedziałam w żarcie. W końcu wpakowaliśmy się do samolociku.

Potem przesiedliśmy się do samolotu lecącego do Ameryki.. Lot minął nam dość przyjemnie. Coraz lepiej czułam się w Towarzystwie Mike’a. Nie myślałam przy nim już o Loganie. Może tylko czasem. Przez tą podróż bardzo się do Siebie zbliżyliśmy.
Kiedy w końcu znaleźliśmy się na lotnisku, szliśmy trzymając się za ręce.
- Wiesz, myślę, że od razu pojedziemy do Bayville. Nie wiem czy się powiedzie, ale mam nadzieje. Szczerze mówiąc jeszcze nie wiem, co się dokładnie wydarzyło… – Powiedziałam Do Mike’a.
- No skoro tak chcesz to jedziemy.- Pocałował mnie w usta i poszliśmy po taksówkę. W drodze jednak zobaczyłam Znajome mi twarze.
- Czekaj Mike, coś jest nie tak… Coś się tutaj wydarzy.- Powiedziałam spokojnie. Rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam Gambita, Pyro Sabrethoota i Silver. Nie stali w jednej grupie, chyba kogoś szukali. Kiedy ludzie zaczęli wysiadać z samolotu, na drugim końcu lotniska, Wszyscy szybko podeszli w tamtą stronę. Czyli miał przylecieć jakiś mutant.. Zaciekawiło mnie to. Z jednej strony wiedziałam ze raczej mnie nie poznają w nowym ciele. Ale z drugiej strony strasznie chciałam przytulić Violet. Stęskniłam się za nią. Pociągnęłam za sobą zdezorientowanego Mike’a. Jednak zgubiłam ich. Nagle ujrzałam ich przy wyjściu, z jeszcze jedną osoba. Z jakąś Rudą średniego wzrostu dziewczyna.. Z profilu bardzo przypominającą…!! MNIE…..


  • RSS